

Jeśli będziecie kiedyś wędrować leśnym szlakiem, to zwróćcie proszę uwagę na dziuple wydrążone w drzewach. Zaskoczy Was zapewne ich mnogość i rozmaitość.
Skrzaty zasiedlają dziuple dość pokaźnych rozmiarów, słyną bowiem z przywiązania do bibelotów, pamiątek i innych rupieci. Dlatego też wybierają rosłe dęby czy stare buki. Szeroki pień przesądza o przestronności wnętrza, a w razie konieczności pozwala na rozbudowę mieszkania. I chociaż jodły pięknie pachną i uroczo szeleszczą igiełkami, to zasiedlające je skrzaty skarżą się na ciasnotę. Podobnie rzecz się ma w przypadku świerków, sosen i klonów. Tyle, że te ostatnie stanowią cenne źródło surowca do produkcji syropu klonowego – rarytasu w mniemaniu skrzatów.
Zasadniczą część dziupli zajmują spiżarka i kuchnia. Obszerne kuchnie z wygodnym paleniskiem są miejscem, w którym skrzaty spędzają gro czasu. Jeśli zaś chodzi o pozostałą część domu, to skrzaty nie są wymagające. Zazwyczaj zadawalają się niewielką bawialnią z bujanym fotelem, maleńkim kominkiem, stojącą lampką i stoliczkiem na gazetę, kubeczek i miseczkę. Takie umeblowanie całkiem wystarcza, by móc się oddawać poobiednim drzemkom bądź też lekturze prasy.
Kiedy przechodzi się nieopodal dziupli skrzata leśnego, to trudno nie czuć aromatycznych potraw i wywarów, których woń mile drażni zarówno małe, czułe na zapach noski, jak i nieco większe nosy, a nawet ogromniaste nochale.
Otóż tak właśnie smakowicie pachnie w pobliżu dziupli skrzata Eugeniusza.
Eugeniusz spał smacznie, podczas gdy kasztanowo- żołędziowy wywar bulgotał w kociołku. Ogień na palenisku rozpalił dużo wcześniej, jak tylko blade promienie słońca wpadły przez maleńki otwór w ścianie - takie niby okno, potrzebne by rozpoznać porę dnia lub nocy. Musicie bowiem wiedzieć, że skrzaty leśne budzą się przynajmniej trzy razy każdej nocy. Trzecia pobudka nadeszła o świcie, gdy uporczywa, młoda muszka zabzyczała tuż nad uchem Eugeniusza.
-Dzień dobry – zawołała, nudząc się okropnie i pragnąc za wszelką cenę obudzić gospodarza.
Całą noc wierciła się, z niecierpliwością wyczekując rana. A kiedy tylko zaczęło świtać, okazało się, że nie potrafi wyfrunąć z dziupli. Nie mogła przecież wiedzieć, że klucz od drzwi jest wetknięty w głęboką szparę między komodą na kamaszki i zimowe kubraczki a komodą na rozmaite sprzęty, znalezione to tu, to tam, w czasie dalszych i bliższych wędrówek Eugeniusza.
-Co się dzieje, Latawko? –spytał, z trudem unosząc opuchnięte od snu powieki.
-Wypuść mnie – zabrzęczała, krążąc tuż nad jego łóżkiem. – Mówiłam ci wczoraj, że wczesnym rankiem umówiłam się z biedronką.
-Zamęczysz mnie i ją – jęknął Eugeniusz, siadając na łóżku.
-Nigdy nie będziesz ani purpurowa, ani nakrapiana – tłumaczył, szurając do drzwi.
-Zobaczymy jeszcze – spojrzała na niego z wyrzutem. – Kiedyś też będę piękna, nie mniej niż ta czerwona strojnisia – dorzuciła złośliwą uwagę o biedronce i ledwie Eugeniusz uchylił drzwi śmignęła między paprocie.
Kobiety! – westchnął w duchu Eugeniusz, niezmiernie rad, że nie musi na co dzień dzielić swojej dziupli z żadną istotą płci pięknej. Jak to dobrze, że jestem starym kawalerem – dodał w myślach. To wtedy właśnie, kiedy tak sobie rozmyślał o zaletach i wadach płynących z ożenku, nastawił ogień pod kociołkiem.
Dwie godziny później obudził go intensywny aromat jesiennej zupy. Niedbale zarzucił pasiasty szlafrok na ramiona, wcisnął bose stropy w domowe kamaszki i poszedł do kuchni. Sięgnął po największą miseczkę i napełnił ją po sam brzeg.
-Śniadanie musi być syte- powiedział na głos, sam do siebie.
-Otóż to – ledwie zdążył skosztować swej zupy, a do kuchni wpadła lotinka.
-Drzwi były otwarte – rzuciła lekko.
Eugeniusz odstawił miseczkę i, mamrocząc pod nosem, poszurał do szafy, by wyciągnąć kolorowy kamyczek. Wiedział dobrze, że lada chwila śniadanie wystygnie. Z drugiej strony obecność ślicznej lotinki onieśmielała go nieco. Dlatego też wolał nie przeciągać wspólnych chwil i nie narażać swego serca na ciężką próbę. Każdego ranka lotinka przynosiła mu nową gazetę, a on wręczał jej za to kolejny kolorowy kamyk, dokładnie taki jakie kolekcjonowała.
-Jaki cudny! – wykrzyknęła, obracając w szczupłych palcach lśniący podarunek.
Czułym gestem zarzuciła Eugeniuszowi ramiona na szyję, cmoknęła go w policzek i radośnie wyfrunęła. Nie można się zatem dziwić, że nim skrzat doszedł do siebie, śniadanie całkiem wystygło. Jaka ona śliczna – kręcił głową, coraz mniej rad ze swej samotności.
-Dość tego! – skarcił się na głos i poszedł do kuchni, by zjeść wystygły posiłek i pomyśleć o drugim śniadaniu.
Zamierzał przygotować sobie coś wyśmienitego, by wynagrodzić zepsute pierwsze śniadanie.
-Usmażę placki z orzeszkami i suszonymi kwiatkami akacji – podwinął rękawy kraciastej koszuli i ochoczo wziął się do pracy.
Około południa placki były gotowe. Rumiane i pachnące wyłożył na talerz, chwycił widelec, nadział nań spory kawałek i ugryzł pierwszy kęs.
-Pychota! – pochwalił samego siebie i poszedł do spiżarki po kompot ze śliwek.
Ledwie otworzył słoik i napełnił kubeczek, zadzwonił telefon.
-Masz ci los – zamruczał z niezadowoleniem i podniósł słuchawkę.
Liczył, że rozmowa będzie niedługa i placki nie zdążą wystygnąć i opaść. Stało się jednak inaczej. Otóż, dzwonił dreptak. Ten zawsze miał jakieś kłopoty. Tym razem sprawa była poważna, ponieważ do jego nory przebił się kret.
-Wyobraź to sobie – sądząc po głosie, dreptak był zbulwersowany. –Siedzę sobie wieczorem, a tu nagle dochodzi mnie szuranie – wyjaśniał przyjacielowi. – Chwilę potem widzę, jak w mojej ścianie ktoś wydrapuje dziurę. Podchodzę bliżej i na co się natykam? Na nos Starego Kopacza – właściwie nie dopuszczał Eugeniusza do głosu.
-Doprawdy, nie wiem co powiedzieć – wtrącił Eugeniusz, rzucając tęskne spojrzenie na parujące jeszcze placki.
-Najlepiej nic nie mów, tylko słuchaj uważnie - odpowiedział dreptak. – Powiedziałem mu, że na mapie podziemia lasu moja nora jest zaznaczona kolorem niebieskim. Wszystkie nory dreptaków są zaznaczone kolorem niebieskim. Nory kretów to żółte punkty, a tunele między nimi to brązowe nici – objaśniał dalej sposób rozmieszczenia i oznaczenia na mapach podziemnych gospodarstw i wynikających z tego kłopotów.
Tak upłynęła blisko godzina.
-Wiem co zrobię! – Eugeniusz ocknął się z zadumy, słysząc entuzjastyczny okrzyk po drugiej stronie słuchawki.
-Tak? – uznał za stosowne okazać zainteresowanie.
-Powiem Staremu Kopaczowi, by się nie martwił nadto. Wymyśliłem rozwiązanie, Eugeniuszu - w jego głosie brzmiał zapał. – Zakleimy dziurę.
-To rzeczywiście dobry pomysł – przyznał Eugeniusz.
-Przykro mi mój przyjacielu, ale muszę już kończyć – powiedział dreptak.
-No cóż…- zaczął skrzat.
-Zawsze zbyt mało czasu, by się nagadać – spostrzegł dreptak. – No to pa! –zawołał i Eugeniusz usłyszał trzask odkładanej słuchawki.
Poszurał do kuchni, podgrzał oklapnięte placki i nie tracąc zapału, zabrał się za obiad. Na pierwsze danie zamierzał ugotować zupę z czterolistnej koniczyny, wierząc, iż przyniesie mu ona szczęście. Może nawet lotinka spojrzy na mnie jakoś, jakoś - szukał w myślach odpowiedniego słowa – jakoś, jakoś tak…czulej. Tak sobie dumając o skrzydlatej ślicznotce, płukał koniczynę i nasiona dmuchawca, którymi z reguły doprawiał swe dania. Na drugie zaś szykował miodowca - kasztanowca, treściwy przysmak o chrupiącej, twardej skórce. Pozostał jeszcze deser. Zdecydował się na rarytas, z którego słynął w całym lesie. Przysmakiem Eugeniusza była wata cukrowa. Całą wiosnę zbierał kłaczki z kwitnących topoli. Dopiero wówczas, gdy zgromadził spore kłęby, kandyzował je i nadziewał na patyki. Ten, kto miał sposobność, zajrzeć do spiżarki Eugeniusza, musiał dostrzec kule waty dumnie sterczące na cienkich patykach, powtykanych to tu, to tam.
Po dwóch godzinach mozolnej pracy, dania były gotowe i pachnące. Z zadowoleniem okrążył suto zastawiony stół i radośnie poklepał się po brzuchu. I wtedy właśnie do jego przedpokoju wtoczył się, hałasując niemiłosiernie, pękaty trzmiel.
- Wreszcie w domu – jęknął i osunął się wprost na kanapę w salonie Eugeniusza. - Moja głowa, moja biedna głowa – biadolił, co rusz chwytając się z głowę.
- Nie spodziewałem się dziś gości – zauważył Eugeniusz, gniewnie marszcząc czoło i stając tuż nad owadem.
Ujrzawszy skrzata, trzmiel prawie natychmiast dostał czkawki.
- Eugeniusz? – zapytał zdumiony, z trudem próbując się podnieść. –A co ty tu robisz, mały przyjacielu? – wstał, ale zaraz opadł na kanapę, bowiem za nic nie mógł utrzymać równowagi.
Poza tym strasznie kręciło mu się w głowie. Eugeniusz w mig pojął sytuację.
-Masz ci los! – zawołał poirytowany, z żalem zerkając w stronę kuchni. – Znów przesiadywałeś w makówkach.
Trzmiel udawał, że nie słyszy. Na wszelki wypadek przymknął oczy i odgrywał drzemiącego.
- Ile razy powtarzałem ci, że makówki mają upojną moc! – Eugeniusz wymachiwał łyżką i szarpał siwą brodę. – Zawsze po kilku godzinach spędzonych w makówkach, jesteś odurzony.
-Zaraz tam odurzony – żachnął się trzmiel. – Przesada, przesada – machnął skrzydełkiem i zasnął.
W czasie, gdy on chrapał, Eugeniusz ratował resztki wystygłego obiadu i zmarnowanej zupy. Kiedy wylewał zupę do beczki na odpadki, wisząca na czubku jego nosa łza podążyła w ślad za zimnym przecierem koniczynowym. Skrzat patrzył, jak na powierzchni mieszaniny niedojedzonych zup tworzy się mały rowek. Wiedział, że żadnej nie udało mu się spożyć, ponieważ zawsze ktoś zakłócił mu spokój.
Ciąży nade mną jakaś klątwa – powiedział na głos i wydmuchał nos w chusteczkę z miękkiego, mechatego listka.
Poszurał do kuchni i zjadł tak dużo waty cukrowej, aż go zemdliło. Rozżalony zasnął przy stole. Zresztą jego łóżko zajmował teraz trzmiel.
Eugeniusz przespał całą noc pośród patyków po wacie i sterty brudnych naczyń. Taki widok zastała rano lotinka.
-Nic prostszego – powiedziała lotinka, krzyżując smukłe nóżki.
Uważnie wysłuchała opowieści Eugeniusza, a przedtem pomogła mu odprawić wyspanego i całkiem już trzeźwego trzmiela.
-Jak to? – zdumiony uniósł krzaczaste brwi i usiadł po drugiej stronie stołu.
-No cóż…- lotinka nakręciła loczek na palec i spojrzała spod długich rzęs na zasępioną minę skrzata. – Sprawa nie jest aż tak trudna, jak sądzisz – uśmiechnęła się pocieszycielsko.
Eugeniusz nie odpowiedział. Nie bardzo wiedział, co o tym wszystkim myśleć.
- Spójrz na to inaczej – lotinka pochyliła się ku niemu. – Wiadomo przecież, że każdy porządny skrzat leśny przestrzega pór posiłków – zauważyła roztropnie.
-Otóż to – przytaknął Eugeniusz.
-Skoro tak – energicznie wstała i okrążyła stół – to dbanie o regularne odżywianie jest ważną zaletą skrzata, prawda?
-Chyba tak – nie do końca był pewien, czy istotnie tak jest, ale, z drugiej strony, nie mógł się z tym nie zgodzić.
-Trzeba zatem, drogi Eugeniuszu, poinformować mieszkańców lasu o godzinach, w których jadasz – stwierdziła lotinka.
-Tak, ale jak to zrobić? – spytał, z trudem nadążając wzrokiem za żwawymi kroczkami skrzydlatej istotki.
- Po pierwsze trzeba przybić tabliczkę nad drzwiami do twej dziupli zawierającą informację o czasie twoich posiłków – usiadła z gracją, splatając drobne dłonie w koszyczek, na którym wsparła słodką twarzyczkę.
-Racja! – twarz Eugeniusza rozjaśnił uśmiech. – Że też sam na to nie wpadłem! – zawołał, z uznaniem patrząc na lotinkę.
-To jeszcze nie koniec. Poproszę wiewiórkę, by napisała artykuł o tym, jak ważny jest zdrowy tryb życia. A ty, Eugeniuszu i twoja tabliczka będziecie świecić przykładem dla całego lasu.
Wkrótce potem lotinka pofrunęła do wiewiórki, słynącej zarówno z ognistego temperamentu, jak i pisarskiego zacięcia. Opowiedziała jej o kulinarnych kłopotach skrzata.
-A to ci dopiero! – powiedziała wiewiórka, wysłuchawszy całej historii. –Chętnie pomogę Eugeniuszowi – dodała, wywijając rudą kitą.
Dobrze pamiętała, jak ubiegłej jesieni skrzat zaprosił ją na orzechy w akacjowym miodzie. Nie ma co ukrywać, w tym roku liczyła na równie smaczny poczęstunek. Dlatego też z zapałem wzięła się do pracy. Nieproszeni goście – rozważała w myślach tytuł.
– A może: pechowy obiadek? – zastanawiała się na głos.
Ostatecznie zdecydowała się na Sjestę Eugeniusza. Zwinęła w rulonik zapisany listek i pobiegła do jeża, drukarza.
-Potrzebuję sto kopii na rano! – zawołała od progu.
W drukarni – powielarni panował półmrok.
-Przygotuję – obiecał jeż, onieśmielony rudą pięknością.
W całym lesie szumiało od plotek.
-Wzorcowy skrzat z tego Eugeniusza – rechotały żaby w strumieniu.
-Dobra dieta przedłuża życie – ćwierkały wróble, zadowolone, iż zgłębiły wreszcie tajemnicę długowieczności skrzatów.
-Trzeba dbać o zdrowie – brzęczały pszczoły.
Lotinka i Eugeniusz spotkali się z samego ranka. Do południa zdążyli przeczytać artykuł sześć razy.
- Zobaczysz, wkrótce inni wezmą z ciebie przykład – przepowiadała lotinka. – Sjesta stanie się tradycją całego lasu – cieszyła się, zacierając małe rączki.
-Kto wie, kto wie…- uśmiechał się Eugeniusz. – Tylko jak ja ci się teraz odwdzięczę? – zmartwiony spojrzał na lotinkę.
-Może zaprosisz mnie czasem na śniadanie lub podwieczorek – spojrzała nań zalotnie.
Nie wierzył własnym uszom. On, zwyczajny skrzat leśny ma jadać w towarzystwie ślicznej lotinki?!
-To będzie dla mnie zaszczyt – wyszeptał przejęty.
-No to jesteśmy umówieni – rzuciła lekko, z właściwym sobie wdziękiem wylatując z jego dziupli.
Jaka ona śliczna! – zachwycał się, patrząc na złoty kurz wzniecany przez jej delikatne, przezroczyste skrzydełka.
*****
Jeśli będziecie kiedyś wędrować leśnym szlakiem, to zwróćcie proszę uwagę na dziuple wydrążone w drzewach. Zaskoczy Was zapewne widok skrzata i lotinki, którzy ilekroć pogoda dopisze siedzą na podgrzybku nieopodal wejścia do dziupli i pałaszują smakołyki. Wyglądają na bardzo szczęśliwych.